sobota, 24 września 2011

skłonna jestem uznać

że jednak istnieje

to o czym wolę głośno nie mówić
nie myśleć
nie wodzić na pokuszenie

losu.
losów
dwojga ludzi
pętlą nieprawdopodobnie, nieprzewidzianych zdarzeń splątanych

postawionych przed faktem najdoskonalej niedoskonałym

tryb przypuszczający
dokonuje się.

ni chuja nic nie powiem.

pozwolę mu.

sobota, 6 sierpnia 2011

closer.

czy prawdziwe są słowa naprawdę powiedziane?

wyznania miłości mniej lub bardziej upubliczniane?

czy prawdziwe są relacje, czy na potrzeby potrzeb preparowane ?

ponaciągane.

a ile jest uczucia w uczuciu?

poczucia uczucia

bliskości
w myślach jedności

pozornej kompatybilności. wspólnych myśli ciągłości.

mieszanki chemii i ciekawości.

miliona litrów radości.


wspólnej codzienności.

czasem mi się tylko zdaje że mogłabym chcieć.
cię mieć

czwartek, 30 czerwca 2011

miłość

nawet jak zaistnieje miłość ( o ile nie pomyli tego z niczym innym człowiek zauroczony bądź zafascynowany, albo po prostu samotny )
to i w większości przypadków ( ale o nie, nie, nie, NIE u każdego z nich )u jednego lub drugiego, tej miłości uczestnika, wystąpi proces gnilny danego uczucia, co bowiem może nastąpić:
- wewnętrzne paranoje jednego ( bądź obu, olaboga ) uczestników, objawia się nieufnością, skamieniałymi poglądami, zazdrością..

najbardziej doprowadzającymi do pasji zdarzeniami jest ubzduranie sobie czegoś, bez możliwości przetłumaczenia przez druga osobą - prawdy. Ludzie kłamią na potęgę, ale do jasnej cholery, skoro już w kogoś wkładasz swojego penisa (lub użyczasz swojej wedżajny) i to obopulne maltretowanie narządów rozrodczych łączysz więzią emocjonalną, PO CO, zastanawiasz się czy ktoś cie zdradza czy nie. jak by zdradzał, raczej by z tobą nie był. wiem, wiem, niby proste jak budowa cepa a się nie sprawdza, ale na swoja obronę mam fakt, ja, jak mi coś nie leży, z momentu to zakańczam i najwyżej brnę w coś innego. skoro już zastanawianie się co do prawdomówności danej osoby, w momencie, kiedy inni tak robią, zarekomenduje sypianie i kochanie tej całej masy innych. i chuj

paranoja w głowie, raczej wynika z brak pewności siebie, lub owej pewności co do nie popełniania czynów, o które wyżej wymieniony on / ona, zostają oskarżeni.

błagam, nie oskarżaj mnie o coś czego nie zrobiłam, zachowując się jak popierdolone, niedorozwinięte, autystyczne dziecko wijące gniazdko swojej własnej nie wiadomo czego wybujałej wyobraźni, bo zwariuje.

i wtedy nic mi nie pomoże.

i zaboli fakt, że mówiło się prawdę..

niedziela, 26 czerwca 2011

najgorzej!

sama już nie chcę chodzić spać.
kurwa jego mać!
krępuje mnie myśl, że przytulić się chcę
do ciała męskiego. bezpiecznego. ciepłego.
porannie do mojego tyłka przyklejonego.

eh.

może to jakiś jebany zegar biologiczny krzyczy?
bo czuję jakbym zerwała się ze smyczy.

jakaś taka kurewsko spragniona. zwilgocona.
niepokojem otoczona.

w swych fantazjach ujednolicona.
precyzyjnie skupiona na obsesyjnej myśli, że mi się przyśni.

z sercem w wadżajnie, a może wadżajną zamiast serca.

rozerotyzowane mam usta.
w środku pozostając pusta.



piątek, 24 czerwca 2011

ścisk tyłka i dzień dobry

znalazłam miejsce, gdzie ponad wszelka wątpliwość, mogę być sobą. gdzie nikt kto mnie nie zna, nie ocenia i nie interweniuje. tak jak to powinno być.
kłębią się we mnie myśli godne pożałowania, które kiedyś muszą gdzies ulecieć. daj bóg by ulatywały na blogu a nie gdzieś w żywą publiczność. kto by i tak wysłuchał i chciał pomóc?

bo tak to już jest, zazwyczaj, że ciągną mnie za języki miliony ludzi, chcący tylko zaspokoić swoją pierdoloną ciekawość, bez mozliwości pomocy.
bo albo nie wiedzą jak pomóc, albo mają to w dupie. rzadko kiedy zdarza się faktycznie by to kogoś obchodziło. a jak juz naprawde obchodzi, to żeby pomiędzy wierszami, dopisać dane słowa do siebie i potem do nich, dość dyskretnie sie dopierdolić.

chyba że chodzi o psychiatre. on ci zawsze pomoże. za oczywiście drobną opłatą. potem opłata wzrasta wraz z potrzebą prowadzenia terapii dwa razy w tygodniu, a potem człowiek pogubiony rezygnuje z owej pomocy, bo co z tego, że  faktycznie zaczyna ci przemawiać do tępej czaszki, jak lecząc się z zaburzenia odżywania, nagle na jakiekolwiek odżywianie ci zaczyna brakowac kasy. i chuj. bylo leczenie i go nie ma. można leczyć sie wódą. po niej zawsze starczy na jakiegos kebaba.

moje dzisiejsze frustracje można by zacząć od żalu, który ściska dupe. po jakims ciotowanym idiocie, po dniach przekilkunastu chlania i ruchania już po związku braku.
nagle odzywa się żal ściskodupowy, nie wiadomego pochodzenia. a skurcz trzyma. może wynika to z kilkunastu poranków obok płci przeciwnej. wykąpanej w alkoholu od przełyku po odbyt. tych poranków gdzie otwierając oczy ludź, przeżywa syndorm obcego sufitu i modli się aby ktoś obok nie wywołał chęci odcięcia sobie ręki. albo dwóch. i choć sytuacja ala filmowy sex w nadbarowym biurze w takcie rytmicznego dansu w taktach błędu klawiszy enter i shiftu, może być przygodą życia, coraz to rzadziej takie pozytywy mnie dotykają, sprawiajac ze moja cipka powoli zarasta kłębami kurzu i wszelkich brudów.

ale nie o przypadkowych sexach i libacjach dzis mowa, mowa o jakiejś, pewnej dozie samotności. może to i zazdrość wynikająca ze szczęscia osób, które w swoim debiliźmie, nawet nie zauważą, że zjebali komuś nerw, czy nawet nerwy dwa! co za chamstwo i skończony szerzący se kretynizm. suchej nitki nie pozostawie na osobach, które nawet nie zrozumieją mojego podejścia. i pewnie dlatego moje szeroko zakorzenione pojebaństwo, daje upust w postaci takich a nie innych skrajnych zachowań i miliardzie niepoprawnych sytuacji!
debilizm i ścisk tyłka.

środa, 4 maja 2011

pozorny «taki, który sprawia wrażenie prawdziwego, ale nim nie jest»

pozornie ludzie są mili.
nawet jeśli pozory mylą. i  z suki  się suczystość wydobyła.

nie zmienia to  faktu jednak , że z pozoru była miła.
tylko się rzeczywistość z wyobrażeniem pomyliła.

kiedyś tam kiedy miłość jeszcze była.
z pozoru wydawała się właściwa.
tylko szybko się wypaliła.
więc czy pozornie była, czy się w wyobrażenie przeobraziła???
czy może wcale nie była, tylko się pozornie ujawniła?

w niedzielę nadzieja była. we wtorek pozornie zgniła.
a może tylko emocjonalnie się z wiarą skurwiła.

przypuszczam, że wątpię, aby się uzewnętrzniła.

z pozoru bywam miła...

wtorek, 4 stycznia 2011

niby bez

mogloby istniec zjawisko cos bez czegos, takie niby bez.
zycia uplywaloby latwiej. zapewne nie istnialyby zjawiska typu choroby bo takie niby chore ale bez kataru, goraczki i kaszlu, niby chore komisyjnie, co by polezec w lozku i poczuc sie zaopiekowanym.

zasada niby bez, bezsprzecznie podjelaby temat niby place, ale bez pieniedzy. oh! zastepy niby platnosci bez gotowkowej, bez kredytowej, bezpiecznej, z odczuciem najprawdziwszych zakupow. z doznaniem posiadania

niby jedzenie, bez kalorii. pierdolone zastepy tlustych serow stopionych w aromatyczna mase na powierzchnii pizzy. orszaki gladko polyskujacych kolorowych zelkow, wkraczajacych dwojkami do moich jakze zlaknionych weglowodanow wyglodnialych ust!

niby cos a bez czegos, prostota! niby sex bez zarzutow, wyrzutow, niby zwiazek bez zwiazku, niby impreza bez kaca, niby chlopak bez focha i niby zima, bez depresji.

zglaszam sie do tej sily nadprzyrodzonej, zwanej natura, przyroda czy whatever. to apel, z petycja o wniesie w zycie zasadny niby bez.

juz wystarczajaco wszystko jest trudne i popierdolone.

niby wpis, ale bez wydzwieku.

piątek, 31 grudnia 2010

sznurowadła

człowiek buty nosi, wszelkich maści i rodzajów spod małych koreańskich dziecięcych łapek ich powstała armia. to czemu nie powstała ani jedna para sznurowadeł, która nie zawiąże się na jedną komendę i nie rozplączę na drugą, nie puszczając kokardki w tak zwanym między czasie.

na boga!

ludzi w kosmos wysyłają a nie potrafi nikt wpaść na ten problem rozwiązujących się sznurowadeł. albo na rozwiązanie o zgoła odwrotnym równaniu, mianowicie nie zaplątujących się takowych bucianych sznurków.

ot taka sytuacja:

sylwester (zbieżność miejsce i nazwisk jest przypadkowa), supermarket. imprezowe zakupy, idzie człowiek umęczony kurtkami, szalikami, rękawiczkami, które zimą ożywaja w kieszeni i z nich uciekają, wkurza się bo i włosy pod czapka zachowuja sie płasko, wkurwia tego człowieka tłum alkoholowo imprezowy, szukający ostatnej promocji, pocący się w kolejkach do kasy i przeklinający dzień w którym odłożył zakupy na własnie dziś. nie zebym mówila o sobie ale sytuacja nie jest taka sobie ot zmyślona.

z ciężkim koszykiem lezie taki do kasy, spada mu torba z ramienia, jak szuka portfela, kasjerka straciła humor 20 lat temu kiedy to mąż po raz ostatni ją w ogóle dotykał i szarpie się między reklamówka, produktami, kartami, stara się do tego powiedzieć "dzień dobry" i tu nagle rozwiązuje mu się sznurówka.
tak kurwa, jak by nie można było sobie zafundować butów bez jakiś tasiemek. nieee ten człowiek musi mieć buty wysokie, ze sznurówkami do kolan i do tego zakończonymi jakimiś jebanymi pomponikami.

schyla się, zawiązuje, pot mu po tyłku leci, pachy pływają w sosie własnym, ale nie poddaje się, ot taki incydent. SZNURÓWKA! spoko, płaci, wychodząc z supermarketu uświadamia sobie ze nie kupił 5 innych ważnych rzeczy i jak by na przykład nie mógł pomyśleć i kupić wszystkiego w jednym miejscu...

lezie do samochodu, parking cały mokry bo oczywiscie snieg musiał spaść w sylwestra a nie na przykład kurwa w wigilię. i tu nagle rozwiązuje się drugi but. mysli "dojdę" do auta bez zawiązywania, w koncu to pare metrów. i idzie, przydeptuje srebrny pomponik, czerwienieje ze złości i oczywiscie jak to bywa w scenaruszach takich jak ten, przydeptuje i sie przerwaca.

broniąc ryja rzuca siatki pełne różnych przydatnych rzeczy (jajka) i upada na łapy. rękawiczki mokre, dupa mokra, oczywiście, śmiejcie się. zajebiście, w chuj.
raz na zawsze ma być rozwiązany problem rozwiązujących się sznurowadeł, bo robi dwie kokardki. teraz skurwiele się nie rozplączą!

wstaje nie strudzony, otrzepuje się, nanosi bagno do auta, nie przejmuje się, jajka wypływają na wycieraczkę, tworząc zupę błotnistą. spoko

w drodze do domu ów człowiek zaczyna odczuwać pewne parcie ze strony pęcherza, więc jeździ jak popierdolony po okolicy i szuka, ot toniku na przykład. błyskiem zahaczjąc o osiedlowe sklepiczki, parkuje, szarpie się ze setką siat i do domu gna..

oczywiście klucze nagle zaplątały się w kieszeni, a brama zacięła. oczywiście siku się chce bardziej, w oku kręci się łza od wstrzymywania. i przez szacunek do nowych białych paneli, nie wlezie do domu w brudnych od błota i śniegu w butach z pierdolonymi sznurówkami.

i oczywiście, nie może rozplatać jebanych podwójnych kokardek...

i oczywiście, resztę pozwalam dopowiedzieć..

i podsumuje.

albo nie bo znowu chce mi się szczać..

sobota, 16 października 2010

z jednego miotu.


dość (w chwili słabości to wyznanie zostaje napisane) udana mieszanka pedagoga i ekonomisty.
weszła w moje życie wraz z wybuchem w czarnobylu i od tej pory nie byłam już jedynaczką.
co prawda mając już jedno dziecko (MNIE), łatwiej było mieszalni genów podjąć decyzję w temacie dalszej prokreacji, skoro pierwszy raz był co najmniej udany. 
no i potrzebowałam towarzystwa, a jedyny towarzysz mojego dzieciństwa – pies, uciekł….

pierwsze co pamiętam to mój zmącony wiecznym krzykiem spokój.
i  próby wypuszczenia jej na wolność z kojca w którym była trzymana.

ona
kocha czekoladę, ale jej nie je. 
mistrzyni ciętej riposty z bezczelnością zbudowaną w prototypowy organ umieszczony między językiem a mózgiem.

wiecznie na diecie, skrzywdzona w dzieciństwie przez kartofle i cartoon network.  
miłośniczka łowickich wzorów na nogach i innych na innych.
uzależniona od spinningu czy czegoś tam co sprawia, że się pocisz, i wydaje ci się, że lepiej wyglądasz. 
nigdy nie zje czegoś co zostało odgrzane , tak więc biedne dziecko nie zna smaku żurku, kapuśniaku, bigosu i wszystkich tych którym czas dodaje uroku….


fotograf.  z zamiłowania i szkoły.
kukmaster od słodyczy.

i na to wszystko ona cała w czerni.
(wytrwale uważa że jedyny słuszny kolor to czarny kolor. chyba że chodzi o włosy to wtedy biały.)

rodzeństwo.
genetyczna mieszanka podzielona na dwa ciała i skrajnie podobne umysły.

czasem mówimy do siebie często czasem nie.
daleko ale blisko.


a jak nie ma nikogo.
jest.
ona.
z tyłu ogolonej głowy.
zawsze



niedziela, 1 sierpnia 2010

wycieczka

opowiem wam pewną przygodę, która wydarzyła się dnia wczorajszego. zachciało mi się pojeździć na rowerze, tak godzinkę, co by nie było. podróż jastarnia - kuźnica, muzyka włączona, licznik zresetowany, buty wpięte, słońce świeci - bajka.

to jadę...
3 km, czuje że pływam a nie jadę.
lekki flak, tylna opona.
kurwa

ale niestrudzona ja, dzielna i nieustraszona, jedzie na stację (całą jedna, która jest akurat po drodze), pryka w oponkę i rusza dalej.

jadę
5 km, osiągam 30km/h (?!).
czuje że lecę,
osiągam ekstazę muzyczno-mięśniowo-wydolnościową
pocę się
atakuje mnie rój małych skurwysyńskich muszek co 10 metrów, ale nie zrażam się - jestem twardzielką!

10km. cel osiągnięty, zawracam do domu.

powrót
-8km, dziwnie czuję, że znów płynę.
flak osiąga miękkość siusiaczka po amfetaminie, sytuacja robi się napięta, schodzę z roweru i pcham go po tej ścieżce rowerowej... mijają mnie rowerzyści, słońce świeci, ja mam 2 jebane kilometry do przepchnięcia.. kurwa..

tak idąc i szarpiąc się tu z rowerem romualdem, a ówdzie z rojem zajebanych muszek, osiągam stan przed wkurwiony, i tak nadal maszerując odzywa mi się brzuch...

ze posiadam lekkie problemy ze srankiem, wieczorem dnia poprzedzającego moja wycieczkę, nałykałam się tabletek ziołowych o dźwięcznej nazwie senefol. właśnie te zioła w  zaczęły działać.. i to jak!
więc mknę z lekkim dyskomfortem w okolicy dupy, byle by dobić to tej stacji, która wcześniej mijałam.

dobiłam, sytuacja robi się krytyczna, czekoladowe oko piszczy ze ścisku, ja biegnę ledwie godząc ten - biegowo - ściskowy kompromis. w końcu zgięta we wczesnym stadium skoliozy, wystawiam dupę w pozycji małysz i sram!

błoga chwila nadeszła, stan rozluźnienia maluje mi się na twarzy. brzuch już nie warczy, ja w pozycji "prawie na krześle" - trwam.

i tak bym trwała, gdyby nie czujne oko me,  nie zauważyło papieru... ani ręczników..

i tak wiszę tyłkiem na kiblem i obrastam smrodem, a w duszę zagląda mi niepokój.
w głowie plątanina myśli - czy wsadzać tyłek do zlewu, czy krzyczeć czy dzwonić po ryja, co by przyjechał i swa wybrankę z tej opresji uratował. a dupa schnie..

w szale myśli, moje drugie najwyraźniej czujniejsze oko  dostrzegło długi kawałkek, kompletnie suchej i nie tkniętej srajtaśmy w koszu. ktoś miał czelność papierem do tyłka wycierać sobie ręce, kiedy jest dmuchawa (daaa!)

szybkość i koordynacja ruchowa, jaką posiadam, w jednej sekundzie uczyniły ów papier moim.
me gepardzie ruchy sprawiły że schowane pod tłuszczem mięśnie - napięły się w czynności nazwanej przez pospólstwo - podtarciem dupy
misja wykonana, melduję!!